» Gniazda rodzinne » Wyszowate – mały fragment do wielkiej historii
 
Mieczysław Kirejczyk
Wyszowate – mały fragment do wielkiej historii
Szkic historii wsi w czasie II wojny światowej
Nie ma takiego miejsca, kawałka ziemi czy też polnej drogi, która nie miałaby swojej historii. Przejeżdżamy przez te miejsca nie mając nawet świadomości, że działy się na nich różne wydarzenia, może nieraz małej rangi czy skali, ale w ogromnej większości odcisnęły swój ślad na losach pojedyńczych ludzi, całych rodzin, a czasami odcisnęły swoje piętno na losach całej wsi. Dziś już mało kto o nich pamięta, jeszcze mniej o tych zdarzeniach mówi. I coraz rzadziej, gdyż ubywa tych, którzy to widzieli. Warto i trzeba chronić od zapomnienia tamten czas, chociaż takie wspomnienia nieraz mocno bolą, bo przypominają o ludziach, z którymi los, a właściwie inni ludzie obeszli się źle i w sposób gwałtowny wyrwali z życia. Cóż się mogło dziać na zwykłej wydawać by się mogło wsi? A jednak się działo. Także i w Wyszowatych. Przekaz ten powstał dzięki życzliwości kilku najstarszych mieszkańców tej wsi, którzy zechcieli przenieść się pamięcią w nieraz bardzo odległe lata. Z pewnością nie jest to obraz bardzo wierny, bo i pamięć zawodzi, i czas na napisanie był krótki. Dlatego wierzę, że jeszcze będzie okazja i potrzeba wzbogacenia tego opisu losów Wyszowatych, bo znajdą się inni świadkowie tych zdarzeń, o których będą czytać i je uściślą, a może zechcą opowiedzieć o wydarzeniach i losach ludzi w tym opisie nie ujętych.
Przed I wojną światową istniała szkoła w Wyszowatych, nauczycielką w niej był Feliksa Wiszowata – siostra późniejszego wójta gminy Trzcianne Stefana Jaworowskiego. Uczyła przede wszystkim pisania i czytania. Szkoła ta jednak nie została reaktywowana w niepodległej Polsce i w latach okresu międzywojennego dzieci z Wyszowatych udawały po nauki do Bajek Starych, gdzie funkcjonowała szkoła 7 – klasowa. Mieściła się ona w różnych okresach czasu w trzech miejscach, wynajmowanych izbach w prywatnych budynkach u gospodarzy – u Osieckich z brzegu, u Antoniego Wojno i Zygmunta Szorca.
Do szkoły w Bajkach Starych chodziły dzieci z Bajek Starych, Bajek Zalesia, Wyszowatych, kolonii Boguszewo – łącznie tych dzieci było około dwustu. Klasy liczyły po około trzydziestu uczniów. W tych wsiach nie mieszkali Żydzi, więc wśród uczniów nie było dzieci żydowskich. Pierwsza lekcja rozpoczynała się modlitwą "Dzięki Ci Boże za światłość tej nauki...", a na ostatniej również odmawiano inną modlitwę. Nauka odbywała się na zmiany, w zależności od klasy na rano lub popołudnie. Pojemność pomieszczeń szkolnych nie pozwalała na jednoczesną naukę wszystkich klas, nie było również wystarczającej na to liczby nauczycieli. Z tego powodu zdarzało się, że w jednej izbie lekcyjnej uczyły się naraz dwie różne klasy, a lekcje prowadził jeden nauczyciel omawiając na przemian materiał dostosowany do każdej z nich. Nie obowiązywały w szkole jakieś określone stroje uczniowskie, każdy przychodził w tym co miał i nieraz boso. W uszytej przez matkę z tkanego domowym sposobem płótna torbie na pasku dzieci nosiły książki i zeszyty, czasami też kromkę chleba. Podręczniki były do rachunków, geografii, historii i języka polskiego. W szkole w Bajkach Starych w tym czasie nie dożywiano dzieci. Nauczyciele utrzymywali dyscyplinę stosując między innymi kary cielesne – bicie linijką po dłoniach, dłonią po karku, ciągając boleśnie za uszy. Wyposażenie izb lekcyjnych składało się z drewnianej czarnej tablicy, 3 – osobowych ławek drewnianych z kałamarzem w blacie dla każdego ucznia, stolika i krzesła dla nauczyciela. Na czołowej ścianie wisiał krzyż, godło, portret prezydenta Mościckiego. Szósta klasa był dwuletnia, co było zaznaczone na świadectwie ukończenia szkoły 7 – klasowej.
Kierownikiem szkoły był Józef Adamski, a w szkole tej uczyła również jego żona. Mieszkali na kwaterze we wsi. Oprócz nich uczyła Krasulska, która później wyszła za mąż za właściciela młyna
W Bajkach Starych – Baranowskiego. W szkole tej pracował także nauczyciel Zabłocki uczący w następnych latach w szkole w Trzciannem oraz jeszcze jeden o nieustalonym dotąd nazwisku. Miał on wyraźną wadę postawy i był słabego zdrowia.
W Wyszowatych istniało i działało koło Strzelca, którym kierował instruktor Jan Pisanko. Koło to liczyło około 20 członków, ale ich liczba nie była stała. Większość stanowili młodzi chłopcy z Wyszowatych. Raz do roku odbywało się strzelanie w lesie z karabinów francuskich lebel, prowadził je przyjeżdżający z Białegostoku wojskowy. Oprócz szkolenia strzeleckiego strzelcy mieli zajęcia z musztry i topografii. Członków Strzelca wyróżniały czapki maciejówki, kompletnego umundurowania nie posiadali. Wybrani strzelcy jeździli na ćwiczenia do Osowca, Grajewa i w okolice Grodna na obóz szkoleniowy w Grandziczach nad Niemnem. Kiedyś do Osowca pojechało trzech strzelców, a do Grandzicz jedenastu, w tym Józef Wiszowaty, Kazimierz Perkowski i Czesław Chojnowski. Przed wyjazdem do Grandzicz strzelców umundurowano w pełni w koszarach wojskowych w Białymstoku. Na tym obozie Perkowskiemu powierzono funkcję kucharza, dzięki temu miał dostęp do zapasów i dla swojego kolegi Józefa Wiszowatego przemycał z kuchni dodatkową porcję dobrej słoniny. Strzelcy przebywający na obozie szkoleniowym kąpali się w Niemnie w kąpielisku wydzielonym płotkiem. Obóz ten trwał około 12 dni. Podczas pobytu Józef Wiszowaty swoją postawą zwrócił uwagę komendanta obozu – oficera zawodowego o nazwisku Redel z Białegostoku. Namawiał go do wstąpienia do armii, kusząc szkołą kadetów w Dęblinie z uposażeniem dziennym wynoszącym 1 złotówkę. Po powrocie do domu on i Czesław Chojnowski otrzymali pocztą druki do wypełnienia i złożenia do szkoły w Dęblinie. Nie zdecydowali się jednak na karierę wojskową.
Zbliżała się II wojna światowa. Kilku chłopaków ze wsi odbywało w 1939 roku służbę wojskową w różnych jednostkach, ale mobilizacją zostali objęci również rezerwiści z Wyszowatych. W efekcie we wrześniu 1939 roku na różnych polach bitewnych z Wyszowatych znaleźli się:
– Bleszko Józef – rezerwista, pochodził z Milewa, walczył w Czerwonym Borze, powrócił
– Jaworowski Stanisław – syn wójta, był oficerem zawodowym w 9 Pułku Strzelców Konnych w Grajewie, brał udział w wypadzie na teren Prus Wschodnich, walczył pod Dolistowem. Po powrocie z kampanii wrześniowej spotkał się w Wyszowatych z policjantami z posterunku policji w Trzciannem – Chorzelskim i Stryjewskim, z którymi wyruszył w Polskę. Dostał się do niewoli radzieckiej, potem do armii Andersa, walczył pod Monte Cassino, a po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych i tam zmarł.
– Milewski Jan – rezerwista, żonaty, miał dzieci. Dostał się do niewoli radzieckiej, z której wspominał, jak żołnierze próbowali uchronić oficerów od rozdzielenia, ale ci byli rozpoznawani po niewyrobionych pracą fizyczną dłoniach kierowani do oddzielnych miejsc, powrócił
– Pisanko Chryzostom – czynna służba w 81 pułku piechoty w Grodnie, walczył koło Lwowa, powrócił
– Szorc Bronisław – rezerwista, żonaty, powrócił wkrótce
– Szorc Jan – czynna słyżba w 42 pułku piechoty w Białymstoku, zginął podczas walk w Czerwonym Borze, o czym powiedzieli ci, którzy wrócili z wojny
– Szorc Mikołaj – czynna służba w 42 pułku piechoty w Białymstoku, walczył w Czerwonym Borze, szybko powrócił
– Wiszowaty Albin – służba czynna, powrócił
– Wiszowaty Jan – służba czynna w 42 pułku piechoty w Białymstoku, walczył w Czerwonym Borze, powrócił po rozbrojeniu oddziału
– Wiszowaty Stanisław – służba czynna w 42 pułku piechoty, dostał się do niewoli niemieckiej, z której powrócił po zakończeniu wojny
– Żendzian Stefan – rezerwista, żonaty, miał dzieci, jego oddział wycofał się na Litwę, gdzie był internowany i wkrótce zwolniony, powrócił.
We wrześniu przez wieś przejechał oddział szesnastu polskich kawalerzystów. Już wycofywali się, nie zatrzymywali się u żadnego gospodarza nawet na łyk wody. Pojechali w stronę Trzciannego. W innym czasie pojawili się też żołnierze niemieccy na dwóch lekkich czołgach. Ci z kolei nadjechali z kierunku Trzciannego. Innych Niemców nie widziano.
Około 25 września przybyli Rosjanie. Przez Wyszowate przemaszerowała ich piechota. Po pewnym okresie w Trzciannem została zorganizowana milicja, w której służyło około sześciu przeważnie bardzo młodych Żydów, a spośród nich zapamiętano jeżdżącego konno, nazywanego Izralem. Był w wieku około 40 lat. Milicjanci żydowscy do wsi zaglądali rzadko. Nie byli dokuczliwi. W tym czasie przeważnie młodzi Żydzi wykazywali się uszczypliwością wobec Polaków mówiąc, że Polska już przeszła, a dokładniej "Wasze przeszło". W ramach wyłaniania organów wiejskich nowej władzy priedsiedatielem wybrano Jana Chojnowskiego – z pochodzenia Rosjanina, który po I wojnie światowej pozostał we wsi i tu ożenił się. Ze względu na to, że nie posiadał żadnego majątku otrzymał od społeczności wiejskiej plac i wybudował na nim dom. Był stolarzem, ale żyło się mu ubogo. Do pełnionej przez niego funkcji priedsiedatiela mieszkańcy Wyszowatych nie mieli uwag. W Wyszowatych sielsowiet mieścił się w jednym pokoju wynajmowanym u Jana Wiszowatego, a w nim urzędował Jan Chojnowski, urzędnik Rosjanin i sekretarka Żydówka pochodząca gdzieś z tych okolic. Nikt z rozmówców nie przypomina sobie, aby w tym czasie funkcjonowała tu szkoła prowadzona przez Rosjan, chociaż w Trzciannem i kilku innych miejscowościach działały takie szkoły.
Od początku 1940 roku ludność cywilna była zobowiązana przez władze sowieckie do prac przy budowie wojskowego lotniska polowego między Downarami a Goniądzem. Wyznaczony gospodarz osobiście albo ktoś z rodziny musiał jechać raz w tygodniu na miejsce prac, gdzie miał wybrać i wywieźć ziemię na głębokość 1 metra na powierzchni wielkości przeciętnego pokoju. Czasami można było zakombinować zaznaczając jako swój urobek część dołu sąsiada, gdyż nadzór nad tymi pracami początkowo był niestaranny. Codziennie przy budowie lotniska zaangażowanych było około stu furmanek z okolicznych wsi. Wyrównywano teren. Nie było tam żadnych urządzeń i budowli lotniczych. Nadzór nad pracami sprawowali wojskowi. Na lotnisko był zajęty obszar około stu hektarów, dochodził on do samych torów kolejowych odcinka Mońki – Osowiec. Z prowadzonych tam wówczas rozmów zapamiętano, że w tym czasie trwała wojna między Związkiem Radzieckim a Finlandią.
Oprócz prac przy budowie polowego lotniska władze nakładały obowiązek wykonywania według ustalonej kolejności pracy przy wyrębie drzew koło Katrynki. Była określona norma drewna do pozyskania. Dopiero po wykonaniu tej normy gospodarz czy też ktoś z jego rodziny był zwalniany do domu. Niektórych pracujących zastawały tam nawet święta. Nocowano we wsi Katrynka, każdy załatwiał sobie nocleg we własnym zakresie. Tu również prace nadzorowali wojskowi, którzy udzielali krótkiego instruktażu na temat techniki piłowania, zachowania bezpieczeństwa. Ścinanie drzew odbywało się zwykłymi piłami ręcznymi, a ścinano bardzo dorodne sosny.
W tym okresie Wyszowate zostały dotknięte wywózkami. Przed świętami Bożego Narodzenia zajechał na podwórze gospodarstwa Jaworowskiego Stefan – ostatniego przedwojennego wójta gminy Trzcianne ciężarowy samochód z plandeką. Widać było przy nim dwóch umundurowanych Rosjan. Nie wiadomo, czy wówczas na tym samochodzie były też inne aresztowane osoby. Wiszowaty najpierw trafił do Białegostoku, ale dalsza trasa jest nieznana. Do rodzinnej wsi już nigdy nie wrócił. Nikogo innego z rodziny wójta wtedy nie aresztowano.
Stefan Jaworowski miał trzech synów:
– Stanisław – rocznik 1912, przedwojenny oficer służący w 9 Pułku Strzelców Konnych w Grajewie
– Antoni – rocznik ok. 1919 – 20 , wzięty do obozu karnego w Knyszynie w związku z zorganizowaną prywatką z kolegą Janem Wiszowatym nazywanym Ignaszukiem i koleżankami, która w sumie nie odbyła się. Niemcy o tym dowiedzieli się, przyjechali do niego, ale żadnych represji nie zastosowali. Kolegi nawet nie odwiedzili. Zatrzymanie nastąpiło później prawdopodobnie z inicjatywy Polaka pełniącego funkcję w obozie o nazwisku Jankowski, który przed wojną służył w 9 psk w Grajewie, stamtąd znał Stanisława Jaworowskiego i miał zadawnione pretensje do rodziny Jaworowskich. Z obozu w Knyszynie Antoni został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Stuthoffie, skąd nie powrócił.
– Jan – rocznik 1922, ożenił się z dziewczyną z Kramkówki, tam zamieszkał i zmarł nagle podczas pracy na własnym polu.
Żona Stefana Jaworowskiego zmarła około 1950 roku w Wyszowatych. Zimą 1939 / 1940 wywieziono również rodzinę Wiszowatego Antoniego (o przezwisku Zubik) – żonę, synów: Jana lat 15 i Czesława lat 17 oraz córkę Helenę lat 20. Pozwolono zabrać im podstawowe rzeczy. Ojciec Antoni uniknął wywózki. Albo nie było go w tym momencie w domu, albo ukrył się prze aresztowaniem. Żona zmarła na zesłaniu, natomiast obaj synowie trafili do wojska. Czesław został żołnierzem armii gen. Andersa, a Jan do armii gen. Berlinga i po wojnie przyjeżdżał do Wyszowatych w mundurze na urlop. Córka Helena także powróciła. 22 czerwca 1941 roku, w niedzielę rozpoczęła się wojna między III Rzeszą a Związkiem Radzieckim. Niebawem wydarzenia wojenne dotarły do Wyszowatych i innych wsi gminy Trzcianne. Najtragiczniejszy los miał spotkać same Trzcianne. Wydarzenia te dziejące się wokół Wyszowatych wspomina Józef Wiszowaty. W nocy, gdy pasł konie słychać było lecące samoloty, a rano zobaczył nad Mońkami dymy po bombardowaniu. Trwała już wojna, ale W.J. wybrał się do Tykocina po mąkę. Radziecki urzędnik i Chojnowski zabronili mu tego. Do Tykocina jednak pojechał. Młyn stał od strony Tatar. Wracał z młyna z innymi gospodarzami, ale nie mogli wjechać na drogę, gdyż była ona zajęta przez wycofującą się radziecką kawalerię. Było wiele taczanek ciągniętych przez dwa konie, na taczankach śpiący, zmęczeni żołnierze. Kolumny kierowały się na Knyszyn. Upłynęły cztery godziny, zanim mogli wjechać na drogę. Na bocznych drogach nie było wojska. Gdy dotarł do Wyszowatych stwierdził, że żadnych strat wieś nie poniosła. Pełniący funkcję priedsiedatiela Jan Chojnowski zrozumiał, że nie ma dla niego miejsca we wsi. Chciał wspólnie z urzędnikiem sielsowieta Rosjaninem dołączyć do wycofujących się oddziałów Armii Czerwonej. Mieszkańcy wsi wiedzieli, że dostał polecenie sporządzenia listy miejscowych gospodarzy uznanych jako kułacy, według której miały nastąpić kolejne zesłania w głąb Związku Radzieckiego. Wywiezione zostały rodziny Baranowskich i Wojnów z Bajek Starych. Trudno stwierdzić, czy Chojnowski miał bezpośredni z tym związek, ale wolał w tej wsi nie zostawać. Radziecki urzędnik wycofał się z wojskiem, natomiast Chojnowskiego władze pozostawiły. Grupa gospodarzy zebrała się, aby podjąć jakąś decyzję w jego sprawie. Rozważano nawet, aby go wydać Niemcom po ich wkroczeniu, jednak od tego odstąpiono. Chojnowski znalazł schronienie w gospodarstwie na kolonii Boguszewo. W późniejszym okresie odnaleźli go krewni wywiezionych do ZSRR. Został zastrzelony na miejscu. Według jednej wersji powiadomili oni o miejscu ukrywania się żandarmów i ci dokonali egzekucji, zaś inna wersja mówi, że zrobili to sami bez pomocy Niemców.
Po kilku dniach we wsi pojawili się przejazdem żołnierze niemieccy i udali się w kierunku Bajek. Widać było palące się Trzcianne. Niektórzy ludzie z kolonii wybrali się do Trzciannego. Stamtąd przynieśli z sobą maszyny do szycia i inne drobne przedmioty, pochodzące z opuszczonych i podpalanych przez żołnierzy niemieckich domów żydowskich.
W dniu parafialnego odpustu na Świętych Piotra i Pawła mieszkańcy Wyszowatych tłumnie udali się do Trzciannego. Dzień ten w pamięci wielu z nich utkwił na zawsze. Jeden z tych mieszkańców, wówczas bardzo młody razem z kolegą Zdzisławem Wiszowatym (ojciec był lekarzem, rodzinę wywieźli Rosjanie, on też przed nimi ukrywał się) znalazł się na Zubolu, gdzie była przetrzymywana ludność żydowska. Żydzi siedzieli głównie w stodole, ale część także część na podwórzu przed stodołą. Karabin maszynowy na kółkach stał wycelowany w tę stodołę. Od strony lasu co chwila przejeżdżały niemieckie samochody wojskowe, lecz nie zatrzymywały się. Na miejscu był tylko jeden Niemiec w wieku około 30 lat, wysoki, szatyn. Ubrany w zielony mundur, na głowie czapka z daszkiem i trupią główką, uzbrojony w karabin. W domu Cieciorków przetrzymywał dwie siostry Rówko – córki młynarza z Wygody, ładne, w wieku 17 – 18 lat. Podobno ich ojciec posiadał dokumenty legionisty. Wtedy już nie żył, zginął w dniu wejścia Niemców. W zielsku bliżej dołu leżał zabity piekarz Hackiel, ciało było już spuchnięte. Inni Żydzi przenieśli go na treglach do dołu. Akurat czterech Żydów kopało głęboki dół na około 1,8 metra. Gdy go wykopali Niemiec zaczął do nich strzelać. Próbowali wydostać się stamtąd wchodząc jeden na drugiego, ale żadnemu z nich nie udało się wydostać – zastrzelił ich wszystkich.
Po kilku dniach przetrzymywania i rozstrzeliwania rozpuszczono pozostałych przetrzymywanych w stodole, ocalałych z codziennych egzekucji Żydów. Rozeszli się po wsiach, po różnych miejscach. W Wyszowatych przebywali:
– u Świerzbińskiego Józefa – małżeństwo Rówków po około 50 lat, mieli w Trzciannem sklep tekstylny
– u Wiszowatego Antoniego (Szcześniaka) – chyba rodzina krawców 3 – 4, było to też w tym czasie, gdy Żydzi ukrywali się. Za ukrywanie Żydów Niemcy aresztowali tę cała rodzinę i wywieźli, nikt z nich nie wrócił. Zdarzenie to będzie opisane dalej.
– u Wiszowatego Stefana – trzyosobowa rodzina Zalewskich (ona krawcowa, on rabin lub dopiero uczył się na rabina ok. 50 lat, córka ok. 20 lat).
Jesienią 1941 roku Niemcy wydali polecenie, aby wszyscy Żydzi zgłosili się na określony dzień do Trzciannego. U Wiszowatego Stefana zjedli śniadanie, podziękowali i oddalili się – nie wiadomo czy do Trzciannego, czy w celu ukrycia się. Podobnie od Świerzbińskiego. Po tym czasie zdarzało się, że przychodzili do wybranych przez siebie domów prosząc o mleko i chleb. Pozostawali jednak w sieni, nie wchodzili do kuchni. Byli to jednak inni Żydzi, nie ci przebywający u gospodarzy poprzednio.
Wyszowate znajdowały się na terenie działania posterunku żandarmerii w Krypnie. Komendantem tego posterunku był Koch, zaś żandarmami m.in. – znający język polski o imieniu Józefek oraz o imieniu Hubert wcześniej służący w Białymstoku razem ze Stanisławem Wiszowatym. Byli też w służbie pomocniczej Ukraińcy.
Najtragiczniejszy los spośród wszystkich rodzin doświadczonych skutkami okupacji spotkał rodzinę Antoniego Wiszowatego. W zwyczaju wiejskim, ze względu na powszechność nazwiska Wiszowaty poszczególne rodziny otrzymywały przydomki w celu ułatwienia orientacji, o kogo chodzi. Dlatego tą rodzinę nazywano Szcześniakami. O zdarzeniu tym opowiedziała córka Antoniego Wiszowatego – Weronika. Oto jej relacja:
Wydarzyło się to w sierpniu 1943 r. Była już mężatką w Bajkach Starych, nosiła wówczas nazwisko Wojno. Ojciec nie powiedział w domu, że bywa u nich ukrywający się Żyd – krawiec, który pomagał w gospodarstwie. Ukrywał się w pobliskiej olszynie. Doniósł o tym dla Niemców sąsiad (po latach wyznała to jego żona), który mieszkał blisko, chociaż od ich gospodarstwa dzieliła rzeczka. Gospodarstwo sąsiada należało już do Bajek Zalesia. Podczas przeszukiwania okolicy Niemcy znaleźli tego Żyda i zastrzelili na ich łące. Ojciec go pochował. Ludzie przestrzegali ojca, że jest poszukiwany przez Niemców. Zaczął się ukrywać – w olszynie, w dziesiątkach zboża na polu. Brat Stanisław mieszkający po sąsiedzku w obawie, że i jego mogą dotknąć represje wyjechał z rodziną za Tykocin. Któregoś dnia zjawiła się żandarmeria z Krypna, jeszcze przed świtem. W domu była matka i sześcioro dzieci, ojciec tej nocy spał w dziesiątkach stojących niedaleko domu, a dwaj bracia nocowali we wsi. Rodzina była już częściowo spakowana, przygotowywali się do ucieczki stąd. Zrozpaczona matka wyszła przed dom i zaczęła wołać: Antoni, wyjdź ! Wówczas wyszedł. W tym czasie ze wsi wracali dwaj bracia – Stefan lat 18 i Józef lat 16, gdyż ojciec kazał im przyjść, bo był to okres żniw i byli potrzebni do pracy. Wracając natrafili na posterunek wystawiony przez obławę. Gdy ich zapytano skąd są nieświadomi niebezpieczeństwa wskazali, że właśnie z tego domu. Wtedy ich też zatrzymano. Całą rodzinę Niemcy zabrali do Krypna na posterunek żandarmerii, a później do więzienia w Białymstoku. Najmłodszy brat miał zaledwie 2,5 roku. Niemcy zabrali także główny ich dobytek – konie, krowy, świnie. Dom pozostał pusty. Aresztowania uniknęły cztery siostry: ona Weronika przebywająca w Bajkach Starych, Wanda przebywająca w tym czasie u niej w Bajkach Starych, Jadwiga przebywająca u Longina Szorca – sąsiada w Bajkach Starych oraz Bronisława –zakonnica przebywająca w zakonie w Warszawie.
Po aresztowanej tej dziesięcioosobowej rodzinie Antoniego Wiszowatego ślad po niej zaginął.
Brat ojca Stanisław szczęśliwie przeżył z rodziną i powrócił na swoje gospodarstwo. U tego stryja zatrzymały się również Wanda z Jadwigą. Gdy Jadwiga wyszła za mąż powróciła na rodzinne siedlisko.
W okolicy przebywał radziecki oddział partyzancki, którego dowódcą był wysoki, dobrze zbudowany oficer w wieku około 30 lat. Kiedyś odbyło się we wsi w domu Antoniego Perkowskiego zebranie mieszkańców, na którym ten dowódca informował, że wkrótce nadejdzie Armia Czerwona i przyniesie wyzwolenie spod okupacji niemieckiej. Był on w towarzystwie jeszcze jednego partyzanta. Innych nie widziano, ale być może gdzieś z ukrycia obstawiali pobyt swojego dowódcy w Wyszowatych. Latem 1944 roku ten oddział partyzantki radzieckiej w sile około 30 ludzi przybył z lasu szelągowskiego od strony Krynic w biały dzień do Bajek Starych i w młynie wodnym Józefa Baranowskiego skonfiskował furmankę, konia i worki z mąką. O ich obecności powiadomiono żandarmów z niemieckiego posterunku żandarmerii w Krypnie. Niemcy polecili zabawiać jak najdłużej ten oddział w Bajkach, aby mogli zebrać większe siły. Na drodze powrotnej tego oddziału koło Wyszowatych na skrzyżowaniu z drogą do Trzciannego urządzili zasadzkę. W tym celu ściągnęli pomoc z okolicznych posterunków żandarmerii, którymi wówczas były posterunki w Tykocinie, Knyszynie, Mońkach, do którego przeniesiono większość załogi po rozwiązanym posterunku w Trzciannem. Dokładnie nie wiadomo jak liczne były siły niemieckie. Do starcia doszło około godziny pierwszej w nocy. Na przedzie radzieckiego oddziału jechała furmanka załadowana workami z mąką, a na niej siedział dowódca tego oddziału i jeszcze jeden Rosjanin. Natomiast główna część oddziału posuwała się około 200 metrów za furmanką. Niemcy byli zaczajeni w zbożu, natomiast sam komendant posterunku żandarmerii z Krypna – Koch, lat około 50 zajął stanowisko koło domu Szorca. Uprzedził gospodarza, że gdy zacznie się strzelanina ten powinien ukryć się. Ostrzelali jadącą na przedzie furmankę. Słychać było przeważnie serie z broni maszynowej. Z oddalonego od skrzyżowania o około dwieście metrów domu przy drodze w stronę Bajek posypały się szyby roztrzaskane kulami, więc mieszkająca w nim liczna rodzina Wiszowatych na polecenie ojca chyłkiem uciekła do piwnicy stojącej na podwórku. Dowódca oddziału i woźnica zginęli na miejscu, natomiast posuwający się z tyłu Rosjanie zaczęli uciekać przez łąki położone we wgłębieniu w stronę wsi, w tym w kierunku domu Szorca. Widzący nadbiegających w jego stronę w znacznej przewadze partyzantów Koch zaczął biec do pozycji zajmowanych przez Niemców, którzy w ciemnościach nie rozpoznali go i traktując jako nieprzyjaciela otworzyli ogień. Koch zginął na miejscu. Partyzanci wycofali się do lasu. Mówiono później, że z lasu szelągowskiego po około tygodniu oddział ten wycofał się do Grzęd za Narew. Mieszkańcy wsi i chyba również okolicznych obawiali się represji ze strony Niemców z powodu śmierci komendanta posterunku żandarmerii z Krypna i zaczęli na noc ukrywać się w lasach. O zmierzchu pozostawiali gospodarstwa z całym inwentarzem. Trwało to przez kilka tygodni. Brano pod uwagę, że Niemcy mogli ich posądzić o wspieranie partyzantów, skoro przebywali oni na tych terenach i koło wsi przechodzili. Dowiedział się o tym komisarz Busch z Krypna, że ludzie na polach nie pracują. Powiadomił przez sołtysa mieszkańców wsi, aby niczego nie obawiali się, gdyż Niemcy wiedzą, jak doszło do śmierci Kocha i że mieszkańcy wsi nie mają z tym żadnego związku. Wówczas ludzie zaczęli nocować w swoich domach.
Ten radziecki oddział być może był zrzuconym w te okolice oddziałem zwiadowczym Armii Czerwonej, gdyż posiadał na swoim wyposażeniu radiostację. W czasie jego pobytu na Grzędach mieli z nim kontakt członkowie tamtejszej siatki Armii Krajowej. Opowiadali, że za pomocą tej radiostacji za pozwoleniem Rosjan słuchali stacji londyńskiej.
Zbliżał się front. W sierpniu 1944 roku radzieckie samoloty ostrzelały Wyszowate, gdyż we wsi lotnicy zauważyli Niemców. Zapaliły się w wyniku ostrzału zabudowania i ogień rozprzestrzenił się, trawiąc prawie całą wieś. Ocalały budynki położone na skrajach wsi. Gdy wreszcie jednostki niemieckie opuściły te okolice Rosjanie zjawili się we wsi niewielką grupą, nawet nie był to oddział. Po nich wkroczyły główne siły i front ustabilizował się aż do stycznia 1945 roku. Po żniwach nakazano mieszkańcom opuszczenie wsi, musieli wyjechać co najmniej poza rzeczkę płynącą między innymi na skraju Bajek Starych. W Wyszowatych utworzyli punkt łączności telefonicznej, obsada składała się z czterech żołnierzy i jednej kobiety – żołnierki o imieniu Natasza (później wyjechała, ponieważ była w ciąży). Drugi najbliższy punkt łączności znajdował się w gospodarstwie Waszkiewiczów – okolice dzisiejszego wysypiska śmieci. W przypadku przerwania linii telefonicznej z obu punktów wychodzili żołnierze, aby odnaleźć i naprawić uszkodzenie. Mieszkańcy powrócili do swoich domów późną jesienią, był już śnieg. Domy, które pozostały po sierpniowym pożarze były całe, nie zdewastowane. Odszukiwali pozostawione, ukryte w ziemi i obłożone słomą zboże.
Latem 1944 r. gdy jeszcze na tym terenie byli Niemcy w olszynowych krzakach przebywał cały oddział AK z zewnątrz w liczbie około 30 ludzi, dowódcą był "Rekin". Jedną noc tam przenocowali i poszli dalej. Kontakt w tych krzakach utrzymywał z nimi Muszyński Karol, który był dowódcą podziemia w tej okolicy.
Już kilka lat po wojnie milicja i UB urządziły obławę na Leopolda Nowackiego ze Stójki, który chodził po okolicy z bronią i ukrywał się. Namierzyli go w domu na kolonii wsi Peńskie. Gdy milicjanci, w tym komendant posterunku milicji w Krypnie sierż. pchor. Jaroszonek zastukali do drzwi z wezwaniem otwarcie Nowacki oddał w ich kierunku serię z pistoletu maszynowego. Komendant zginął. Mimo licznej obławy Nowacki jednak wyrwał się z niej i zaczął uciekać. Najpierw pieszo, potem na zabranym chyba w Bajkach koniu, a gdy ten nie chciał przeskoczyć znajdującego się na drodze ucieczki rowu znów uciekał na piechotę, w skarpetach. Dotarł do Wyszowatych. Była zima i ostry mróz. Przed wsią przy drewnianym mostku od strony Peńskich bawiły się dzieci. Próbował przywołać je do siebie, aby obława w takiej sytuacji nie strzelała. Za nim podążało dwóch milicjantów. Do pierwszego domu miał około 20 metrów. Wówczas jeden z nich trafił Nowackiego w głowę i ciężko ranił. Rannego przynieśli do najbliższego domu, do Czesława Wiszowatego, mieli nadzieję go uratować. Był nieprzytomny, z płuc wydobywało się charczenie. Załadowali rannego na furmankę, ale zaraz za wsią zmarł. Po latach jeden z tych milicjantów, przy grze w karty przyznał, że postrzał w głowę nie był zamierzony, podobno to trafienie było przypadkowe, gdyż obława miała rozkaz wziąć Nowackiego żywego.
Od tamtych wydarzeń upłynęły dziesiątki lat. Wiem, że niejeden z czytelników stwierdzi, że zna inny ich przebieg. Jeżeli jest już z pokolenia powojennego, to chcę mu w tym miejscu odpowiedzieć, że opieram się na relacjach osób żyjących w opisywanych dniach i mających wówczas co najmniej kilkanaście lat. A jeśli będzie to właśnie taka osoba bardzo chętnie ją wysłucham. Praktycznie jedynym źródłem mojej wiedzy są właśnie bezpośrednie relacje, chociaż w archiwach natrafiam na dokumenty wspominające o zdarzeniach dotyczących Wyszowatych. Jak narazie przegrywają one w swojej wiarygodności z relacjami świadków. Idealna jest taka sytuacja, gdy źródła wiedzy można konfrontować ze sobą, co chroni przed niezamierzoną tendencyjnością. Mam nadzieję, że najstarsi mieszkańcy Wyszowatych umożliwią mi to. Może znajdą się jakieś stare zdjęcia, przedwojenne świadectwa szkolne, dokumenty po poległych? Zawsze zwracam.
W szczególności dziękuję swoim dotychczasowym rozmówcom za poświęcony mi czas i wykazaną cierpliwość, a mianowicie:
1. Weronice Rzemienieckiej z d. Wiszowata – Mońki
2. Józefowi Grochowskiemu – Mońki
3. Czesławowi Wiszowatemu – Wyszowate 36
4. Józefowi Wiszowatemu – Wyszowate 15
5. Tadeuszowi Wiszowatemu – Wyszowate 2
6. Czesławowi Wiszowatemu – Wyszowate 50
7. Mieczysławowi i Wincencie z d. Piechowska Znosko – kolonia Wyszowate
8. Kazimierzowi i Stanisławie z d. Wiszowata Znosko – kolonia Wyszowate
Opublikowano na stronie Parafii Trzcianne: parafiatrzcianne.pl
lipiec 2006