Ród Wiszowatych

 

►Strona główna

►Wspomnienia

 

Helena Podkowicz z Wiszowatych
Wspomnienia z Syberii

          Urodziłam się i wychowałam we wsi Surały woj. Łomża aż do czasu wybuchu II wojny światowej. Ukończyłam 13 lat, kiedy Niemcy wtargnęli do Polski. Na naszych terenach stacjonowali 2 tygodnie. Po odejściu wojsk niemieckich przyszli Sowieci. Nie byli dla nas przyjaźni, chyba dlatego, że rodzice moi posiadali dobrze prosperujące 60-cio hektarowe gospodarstwo rolne. Nazwali nas kułakami. Z miejsca zabrali się do wyrębu pięknego 100-letniego lasu, który był własnością moich rodziców. Drewno wywozili wielkimi ciężarówkami, nie wiem dokąd? Nadeszła wiosna 1940 roku. Przed świętami Wielkanocy, w Wielką Sobotę, zajechał na podwórze oddział bojowy, aby aresztować mego ojca. Ojciec ukrył się. Szukali do północy po całej wsi lecz tatusia nie znaleźli. Zabrali w zamian mego najstarszego brata Józka. Słyszeliśmy o wywózce na Sybir. Dobrzy ludzie radzili byśmy uciekali ale mama była tego zdania, że nie zdoła się ukryć z małymi dziećmi. Najmłodsza siostra Krysia miała 4 lata, Tadzio 5 lat, Danusia 8, Janek 11 i starsza ode mnie Irka 17 lat Pewnego dnia przyszedł do nas komandir, poczciwy Sowiet i powiedział do mamy: „Sprzedajcie mi tego konika wierzchowca i bryczkę, a tam się wam ruble przydadzą". Dał Krysi ozdobny ołóweczek i pogłaskał po głowie. Mamusia sprzedała mu tego konia i bryczkę. W kilka dni później nakazali na wsi, żeby podjechały fury pod nasz dom. Weszli do domu i kazali się ubierać. Litościwi sołdaci pakowali nam co się dało do worków. Żadna z nas nie była zdolna myśleć co zabierać i czy nam się to przyda. Padał deszcz ze śniegiem i zapamiętałam słowa mamusi „nawet niebo nad nami płacze". Zabrali z Surał jeszcze jedną rodzinę, małżeństwo Frączkowskich z dorosłą córką Todzią.
          Zawieźli nas do Łomży, na dworcu czekały bydlęce wagony, do których wpakowali wszystkich, ryglując drzwi. W wagonie po obu stronach były prycze, górna i dolna. Pozajmowaliśmy miejsca, było nas ponad 60 osób. Rodzina Brzózków 7 osób, Kapelańskich, Maciejak, Żebrowscy, Frączkowscy, Dmitrzak, Naparte, Gronowicz, Belbot i inni, których już nie pamiętam. Najgorsze było to, że wagony nie miały ubikacji i z tego co nam zapakowali żołnierze, wyciągnęliśmy garnek, przeznaczając do tego celu. Upokarzało to nas, młode dziewczęta wstydziły się najbardziej. Zasłanialiśmy się wzajemnie jedna drugą kocem i trzeba było wylewać nieczystości przez te małe okienka. Mieszkańcy Łomży zaopatrzyli nas w chlebek. W ciągu 2 dni dowożono nowych pasażerów aż cały długi zestaw wagonów został zapełniony. Łomżynianie żegnali nas, po obu stronach łzy rozpaczy gdy pociąg ruszył.
          Wieźli nas dzień i noc bez żadnej przerwy. Raz na dobę wypuszczali po 2 osoby z wagonu, które przynosiły po 2 wiadra wrzątku. Na takim jednym przystanku poszła po wrzątek moja siostra Irka i wtedy w okienku sąsiedniego wagonu zobaczyła twarz stryjenki Wiszowatej z trojgiem małych dzieci. Stryjenka zdążyła krzyknąć „Irenko, to i wy tu". Pewnego razu, już za Uralem, wypuścili nas na powietrze w pustym polu. Na pewnej stacji widziałam jak wyciągali zmarłego mężczyznę z sąsiedniego wagonu. Widziałam też przez to małe okienko jak prowadzili dziewczynę, która załamała się psychicznie. Udawała, że strzela do sołdatów, wołając „pif, paf". Już nigdy do nas nie wróciła. W wagonach nie było żadnego ogrzewania. Spaliśmy w ubraniach pod pierzynami. Najgorsze do zniesienia były wszy, które rozmnożyły się we włosach i bieliźnie. Po dwóch tygodniach pociąg zatrzymał się w mieście Kokczetaw. Zapakowani na 4 ciężarówkach, ruszyliśmy w pusty step. Jadąc przez 50 km do kołchozu Karabułak nie spotkaliśmy żywej duszy. Pierwsze wrażenie w kołchozie było okropne. Karabułak zamieszkany był tylko przez Kirgizów. Obdarci, brudni, te skośnie osadzone oczy wyglądały dziko, bezwzględnie. Płacząc, długo nie chcieliśmy zejść z ciężarówek, aż w końcu przemocą pościągali nas bojcy, zostawiając samych na drodze.
          W końcu Kirgizi nie byli tacy straszni, jakie było pierwsze wrażenie. Zaczęli zapraszać nas do swoich lepianek. Jeden z nich, poczciwiec imieniem Ksain, zabrał naszą rodzinę, Brzózków i Frączkowskich do swojej izdebki. Miał on jeden z większych domów z 2 izbami. Przeniósł się do jednego pomieszczenia z żoną Rabichą i trojgiem dzieci, a my w 3 rodziny zamieszkaliśmy w drugim pomieszczeniu. Wkrótce wyjeżdżał z Karabułaku jeden Kirgiz, leśnik i mama kupiła od niego lepiankę jednoizbową, z jednym małym okienkiem. Cieszyliśmy się, że mamy swój kącik. Brzózkowie wybudowali ziemiankę z darniny, Kapelańskich też było 6 dorosłych osób, więc również wybudowali ziemiankę dla siebie. Inni Polacy mieszkali u Kirgizów, płacąc im rzeczami, przywiezionymi z Polski. W kołchozie był jeden sklep (kooperatywa), zdarzało się niekiedy, że coś do niego dostarczali. Pewnego razu przywieźli cukierki czekoladowe, na które wszyscy się rzucili, wykupując kilogramami. Otrzymywaliśmy listy z Polski, paczki i duże bagaże z żywnością. Starała się o te wysyłki dla nas najstarsza siostra Cela, która pozostała w Polsce, pomagał jej nasz tato. Kontakt z krajem skończył się w chwili napaści Hitlera na Rosję. Marzyliśmy o powrocie do Ojczyzny i nadzieja nigdy nas nie opuszczała. Najwięcej otuchy dodawała nam moja mamusia. Pamiętam jej słowa „nie płaczcie, Pan Bóg jeszcze nikogo nie opuścił". Obok swej chatki ukopaliśmy kawałek stepu i posadziliśmy 2 pudy (32 kg) ziemniaków. Wyrosły piękne, bo ziemia tam jest żyzna jak na Ukrainie. Władza kołchozu nakazała nam wykopać te ziemniaki na rzecz kołchozu za karę, że Irka nie wyszła jednego dnia do pracy. Kirgizki celowo zasypywały ziemniaki do dołków i nas poinformowały o tym abyśmy je sobie pozbierali.
          Niebawem zaczęły do nas dochodzić słuchy o formowaniu armii generała Sikorskiego. Wszyscy dorośli na własną rękę wyruszyli do wojska. Z naszych nadawała się tylko Irka, ale nie chciała nas zostawić samych z mamą. Józek przebywał na dalekiej północy w łagrze, gdzie przyświeca zorza polarna. Został zwerbowany do polskiego wojska. Starał się nas odszukać lecz bez rezultatów i wyjechał sam z wojskiem do Anglii. Walczył jako marynarz na statku „Burza". Boleśnie przeżyliśmy śmierć wielkiego Polaka generała Sikorskiego. Głód dokuczał nam dotkliwie. Pracując w kołchozie nic w zamian nie dostawaliśmy. Przy pracach żniwnych kruszyliśmy ziarnka do kieszeni na kaszę. Chleb był marzeniem nieosiągalnym. Cały posiłek to 2 razy dziennie ta sama zupa kartoflana z kaszą, całkiem postna i do tego tak mało, że nie można było najeść się do syta. Mama pojechała do Pietropawłowska (200 km) pociągiem i kupiła tam 1/2 puda (8 kg) jęczmienia i przywiozła nam jeden bochenek chleba. Zbiegli się wszyscy Polacy i mama podzieliła każdemu po kawałeczku. Z jęczmienia zrobiliśmy na żarnach kaszę, a z odsianych od kaszy resztek, dzieci próbowały upiec placki, ubijając je na gorącej płycie. Nie udało się i gryźliśmy poprzypiekaną, rozsypującą się plewę. Jeszcze kilka słów o Kirgizach: są wyznania mahometańskiego, ale z szacunkiem odnosili się do naszej wiary. Widząc nas modlących się zachowywali ciszę. Używali swego języka, ale można było dogadać się po rosyjsku. Mówili często „wasz Bóg i nasz Bóg to jeden Bóg". Nosili kożuchy latem nakładając je na gołe ciało wełną na wierzch. Podpatrzyliśmy jak siadł Kirgiz na dachu swej lepianki, zdjął z siebie kożuch i cykał zębami po szwach kożucha a zęby to oni mają zdrowe jak murzyni. Zaczęliśmy z nim rozmawiać, że to takie strasznie obrzydliwe a on na to „ona mnie kuszajet a ja ją kuszaju". Nie pamiętam daty, wiem, że to była wiosną, zachorowała psychicznie Belbotowa (żydówka). Nie było między nami i żydami różnicy. Szanowaliśmy się wzajemnie. Ona biedna wprost oszalała. Bez przerwy ktoś musiał być przy niej. Bardzo lubiła Irkę i tylko jej pozwoliła się ubrać i uczesać. Władze kołchozu powiadomiły o tym gdzie trzeba i przyjechali samochodem aby ją zabrać. Po trzech dniach przyszło zawiadomienie, że nie żyje. Troje dzieci Szolima, Srułkę i Tołbcię przygarnęła inna żydówka pani Gronowicz, która była samotna. W Karabułaku zmarł Frączkowski, potem Kapelański, młodsza córka Napartowej i Brzózków ciotka. Nie było tam cmentarza i wszyscy są pochowani w stepie. Latem ogromnie dokuczały nam komary i meszki. Były przypadki zachorowania na malarię i krwawą biegunkę, którą leczyliśmy piołunem. Jako chwast pokrywał tam pola uprawne. Na przednówku nic nie było do jedzenia oprócz szczawiu. Dwa razy dziennie gotowaliśmy szczaw na gęsto, odlewając kilka razy wodę i nalewając nową aby był mniej kwaśny. Szczawiem żyliśmy dwa tygodnie, potem pojawiły się w lesie grzyby tzw. „gołąbki". Odżywialiśmy się nimi drugie dwa tygodnie aż podrosły ziemniaki. Mama kupiła kozę i było trochę mleka na okraszenie zupy. Wiosną koza urodziła koźlątko i wtedy dostaliśmy nakaz oddania 35 kg mięsa. Gdybyśmy nie wywiązali się z tego obowiązku, mieli skonfiskować nam wszystko co posiadaliśmy. Okazało się, że koza była chora na gruźlicę i zdechła. Wtedy zabiliśmy koźlątko i uciekliśmy nocą do drugiego kołchozu, poza granicę powiatu. Nikt nas nie szukał. Na taczce przeciągnęliśmy swoje mienie do kołchozu Puchalsk, zamieszkałego przez ludność rosyjską. Stały tam ściany pozostawionej przez kogoś lepianki. Przykryliśmy tę budę grubszymi i drobnymi odpadami drewna. Nasypaliśmy na dach grubą warstwę ziemi aż zaczęły pękać ściany. Trzeba było dać podpórki pod każdą belkę i lepianka ta zaczęła przypominać oborę. Podłoga udeptana była z gliny. Wszędzie przeważnie podłogi były gliniane. Same zrobiłyśmy cegły z gliny, susząc je na słońcu. Mamusia umurowała z tych cegieł kuchnię, na której gotowaliśmy zupy i która jednocześnie nas ogrzewała. W lepiance było jedno małe okienko, jedne drzwi zbite z drążków. Z kołków i żerdzi zrobiliśmy prycze, w których spaliśmy, kilka pieńków drzewnych służyło nam jako krzesełka.
Rosjanie traktowali nas przyjaźnie. Sąsiadka Reszetnikowa była starszą, życzliwą kobietą, pamiętam wypowiedziane przez nią słowa „oj hore! my dumali czto wy nas oswobodicie, a wy k nam prijechali". Mimo prymitywnych warunków, Rosjanie są bardzo czystym narodem w porównaniu do zawszonych i zaświerzbionych Kirgizów. Mieli wybudowane specjalne budki, podobne do naszych „sławojek", z których pozwalali nam korzystać. Brak nam było mydła i proszków do prania. Robiliśmy ług z popiołu drzewnego, w którym praliśmy i gotowaliśmy bieliznę, a nawet myliśmy włosy, spłukując je ropą, uproszoną od dziewcząt — traktorzystek. Za oświetlenie służył kaganek, zrobiony z małej rurki z przeciągniętym wewnątrz knotem z flaneli, wpuszczonym do małej buteleczki z ropą. Rankiem spoglądaliśmy, z którego komina wydobywa dym, tam podążaliśmy z prośbą o dwa lub trzy węgielki na rozpałkę. W jednym domu mieszkał staruszek Rosjanin, który krzesał ogień z kamienia. Jak widać nie było czego zazdrościć mieszkańcom Puchalska. Co kilka dni mobilizacja do wojska i rozpacz matek i żon. Często potem chodziły „pochoronnyje", tzn. wiadomość o poległych na froncie. Co jakiś czas wracali inwalidzi wojenni bez ręki lub bez nogi. Wszystkie stanowiska pracy w kołchozie były obsadzone przez nas i rosyjskie dziewczęta. Mieliśmy ostry rozkaz produkowania chleba dla armii. Dowieźli do nas nowych zesłańców, Niemców zamieszkałych od dawien dawna na Krymie i w Saratowie. Opowiadali oni, że mieli tam jakby takie swoje państewko w dużym Związku Radzieckim. Pracowali i rządzili się sami, mieli swoje szkoły i niektórzy młodzi nie znali nawet języka rosyjskiego. Tutaj zabrali wszystkich mężczyzn i niektóre kobiety do łagrów, a w kołchozie pozostały tylko kobiety z małymi dziećmi. Razem z nimi coraz dotkliwiej znosiliśmy nędzę i głód. Nawet zwierzyna zaczęła padać w kołchozie, wychudzona z głodu. Wykopano dół nazwany „padliną-jamą", gdzie wrzucano padlinę. Ludziom nie wolno było tam zaglądać, ale psy tego nie respektowały. Wyciągnęły barana i delektowały się nim. Moi bracia odebrali psom część łupu. Okroiliśmy, obmyliśmy te resztki i były niesamowite kotlety, pyszna uczta. Pracowaliśmy w kołchozie bez odpoczynku. Nie było żadnej niedzieli. Nie mieliśmy zegarka. Pewnego razu leżymy, ciemno i ciemno. Okazało się, że nocą była wielka zawieja, tzw. buran, który zasypał okienko i wejście górą śniegu. Rosjanie przekopali tunel, którym wchodziliśmy i wychodziliśmy „na czterech” z domku. Nie było potrzeby częstego wychodzenia, bo jedyna studnia w kołchozie zamarzła, a na wodę ustawialiśmy naczynia ze śniegiem do roztopienia. Trzeba było (jak już wspomniałam) chodzić po węgielki na rozniecenia ognia. Nie mieliśmy ubrań dostosowanych do ciężkich mrozów i Rosjanie nie wymagali od nas pracy podczas ciężkiej zimy. Drzewo musiało być nagromadzone w lecie i złożone do szałasu z gałęzi, położonego w chatce. Z brzozy obdzieraliśmy płaty białej, cienkiej kory. Używając cienkiego, ostro zastruganego patyczka, zanurzanego w roztworze sadzy z wodą, uczyło się moje młodsze rodzeństwo pisania. Do nauki czytania służyła książeczka do nabożeństwa. Po jakimś czasie, mamusia przyjęła z litości do naszej lepianki dwie panie z dziećmi. Jedna z nich to pani Żebrowska z dwoma chłopcami Tadeuszem i Stanisławem i druga Maciejakowa z córką Urszulą i synem Sewerynem. Maciejakowa była nauczycielką, której mąż pracował przed aresztowaniem jako komendant policji. Dobrze sytuowana przed wojną rodzina przywiozła do Karabułaku dużo kosztowności. Kiedy okradziono ją doszczętnie, obsypując ją jednocześnie pogróżkami, mamusia przygarnęła obie panie. Zrobiły sobie prycze do spania. Pod pryczami każda rodzina miała wykopany dołek do przechowywania ziemniaków, osłonięty drążkami i workiem.
          Nadszedł rok 1943, w którym to roku moja mama zachorowała na tyfus plamisty. Płakaliśmy i modliliśmy się nad posłaniem nieprzytomnej mamusi, która odeszła od nas w 11 dzień choroby. Nie doczekała tak upragnionego powrotu, w który mocno wierzyła. Stało się to 21 grudnia 1943 roku. Postaraliśmy się od Rosjan o nieheblowane deski, które zbiliśmy w skrzynię, podobną do trumny i pochowaliśmy mamusię w stepie. W Puchalsku nie było cmentarza. Po pogrzebie tyfus układał nas po kolei wszystkich. Nie było żadnej opieki lekarskiej. Straciłam przytomność. Rosjanki, które już dawniej odchorowały tyfus i były uodpornione, przychodziły do nas aby podać choremu wody. Oprzytomniałam po dwóch tygodniach ale gorączkowałam i uskarżałam się na kłucie w bokach. Praktyczne rosyjskie gospodynie stawiały mi po 4 szklanki na bok jak bańki. Dawało mi to ulgę, więc prosiłam o więcej. Myślę, że uratowało mi to życie. Te niby bańki przerwały zapalenie płuc. Nie miałam siły i nie potrafiłam chodzić. Moje opiekunki przynosiły mi, raz jedna, raz druga, codziennie kubek mleka chociaż same miały rodziny i posiadały tylko po jednej krówce. Moje młodsze rodzeństwo lżej przechodziło tyfus. Pewnego razu siedli w czwórkę przy żarnach, aby mielić kaszę i ja do nich się przyczołgałam. Wtedy przyszła jedna Rosjanka i mówi „Oj hore! starsze pomierli, a młodsze ostaliś" a ja na to pytam „co wy mówicie?" Ona zrozumiała, że ja nie wiem o Irce i uciekła. Młodsze przede mną skryły, tłumacząc, że Irkę wzięli do miasta na leczenie. Wpadłam w straszną rozpacz. Może to nie jest prawda? Może Irka potrzebuje od nas pomocy? Wtedy Janek mi mówi „Hela, nie rozpaczaj! Już Irka miesiąc jak nie żyje. Zmarła obok ciebie, kiedy ty byłaś nieprzytomna. Rosjanie zawinęli ją w prześcieradło i pochowali". Nie mogłam się z tym pogodzić. Po tylu latach, kiedy piszę, łzy zamazały mi oczy. Nie pamiętam, które z dzieciaków wypowiedziały te słowa „Hela! nie rozpaczaj, komu chcesz nas zostawić". Miałam wtedy 17 lat, Janek 14, Danusia 11, Tadzio 8, a Krysia 7 lat.
          Po śmierci mamusi i Irki Maciejakowa zaczęła nam dokuczać. Odpychała od kuchni szczególnie młodsze rodzeństwo, wrzeszczała na nie. Wstawiałam się za moimi podopiecznymi, więc dochodziło często do ostrej wymiany zdań. Pewnego razu, kiedy obierałam ziemniaki do garczka z wodą, odpowiedziałam jej, że nasza mamusia przyjęła ją z litości, więc dlaczego ona nas teraz prześladuje. Podbiegła wtedy i kopnęła w garnek. Wszystko wylało się na glinę. Zbierałam płacząc i wtedy postanowiłam uciec od tej sytuacji. Wcześniej już wiedziałam, że nasza stryjenka Stefania Wiszowata, uciekła z kołchozu i mieszka w Kokczetawie. Postanowiłam pojechać do niej po radę. Kołchoźnicy wiosną lub latem, często szli zorganizowaną grupą do miasta. Dołączyłam do nich. Wyruszyliśmy o wschodzie słońca, a zaszliśmy krótko przed zachodem. Stryjenka przyjęła mnie serdecznie i poradziła mi abyśmy do niej przyjechali. Mieszkała w jednym niewielkim pomieszczeniu w baraku z trójką swoich dzieci: Jadzią — 12 lat, Helą — 9 i Wackiem — 7-letnim oraz miała jeszcze pod swoją opieką pięcioro dzieci po swojej zmarłej siostrze Górskiej. Najstarsza 15-letnia Stefka, potem szły kolejno młodsze Hela, Jula, Czesia i najmłodszy Józek. Wróciłam do kołchozu. Uprosiłam starego brygadira aby dał nam woły z wozem za dużą puchową poduszkę. Załadowałam dzieci i cały swój majątek i tak oto pożegnaliśmy Puchalsk.
          Woły szły powoli, więc dopiero wieczorem dojechaliśmy do Kokczetawa. W baraku był jeszcze korytarz, biegnący środkiem, a stryjenki pokoik był końcowy, więc ulokowaliśmy się właśnie na tym końcu korytarza. Zimą stryjenka zabierała nas do swego pomieszczenia. Kiedy na noc porozkładaliśmy się, to cała podłoga zajęta była od progu aż do końca. W dzień cała pościel składana była na jednym miejscu i zasłana. Podłogę mieliśmy drewnianą, którą codziennie porządnie ktoś mył w kolejności wyznaczanej przez stryjenkę. Ponieważ mieliśmy wspólną kuchnię do gotowania, wyznaczona była również kolejka tych co starali się o węgiel. Z wszystkich trzech rodzin, młodsze dzieci miały za zadanie aby podkradać węgiel na dworcu kolejowym. Innego wyjścia nie było, gdyż węgla nie sprzedawano. Pewnego razu strażnik złapał dzieci i trzymał zamknięte w chlewku. Przyszły zapłakane i dostały uwagi w domu, że muszą być bardziej ostrożne, ale dalej ciążyło na nich to zadanie. Barak należał do dużego elewatora zbożowego i wszyscy, którzy w nim mieszkali, pracowali na elewatorze. Pracowała Stefka Górska, ja i mój brat Janek. Najcięższa brygada nazywała się „grużczyki" i do niej nas przyjęto. Ja byłam za słaba i padałam pod ciężarem worków. Dostałam nie kończącej się biegunki. Stryjenka wiedząc o tym, że jest dobry lekarz, Żyd pochodzący z Polski, nazwiskiem Maldenbał, który zdobywał sławę u Rosjan, zaprowadziła mnie do niego. Dał mi zaświadczenie abym była stanowczo zwolniona od ciężkiej pracy. Otrzymałam pracę przy automatycznych wagach, które były w wielkiej suszami. Miałam odczytywać i zapisywać pomiary na wadze. Mój biedny brat Janek do końca pracował w grużczykach. Pracowały z nim niemieckie dziewczęta, jak już wcześniej wspomniałam, oderwane od swoich rodzin. W Kokczetawie skończył się nasz strach przed głodem. Ja otrzymywałam 50 dkg chleba, Janek ze względu na ciężką pracę miał 60 dkg, dzieciaki po 30 dkg i w sumie mieliśmy 2 kg chleba dziennie. Oczywiście dzieliliśmy go na równe części i zjadaliśmy. Oprócz tego można było przynieść codziennie troszkę pszenicy. Nasypywałam sobie za koszulę, okręcają się ciasno sznurkiem pod spodem. Choć czasami byliśmy poddawani kontroli przez obmacywanie, przechodząc przez bramę, nigdy nie podpadłam. Natomiast Stefkę i Janka przyłapali. Dyrektorem był Kogan, podobno Żyd. Groziło im 5 lat ciurmy (więzienia). Ile my ze stryjenką wylałyśmy łez przed tym dyrektorem. Ze względu na ich sieroctwo otrzymali wyrok w zawieszeniu. Prosiłam Janka, aby już nigdy więcej nie ryzykował, ale on nie posłuchał i dalej po troszku przynosił. Kiedy uzbieraliśmy już pół worka pszenicy, to razem ze stryjenką ukradkiem zanosiliśmy go do młyna. Z mąki piekliśmy smakowite placki na płycie kuchennej. Elewator od miasteczka dzieliła rzeczka i chodziłam tam prać odzież. W centrum Kokczetawa znajdował się bazar. Można było na nim kupić walonki (ciepłe buty z koca) i odzież watowaną. Czasem kupiłam trochę sadła baraniego do okraszenia zupy. W porównaniu z kołchozem w Puchalsku, w Kokczetawie był raj. Stryjenka służyła mi radą, miałam w niej oparcie chociaż nie musiała nas żywić bo sami pracowaliśmy. Jest ona osobą mało spotykaną, uwielbiam ją i będę jej wdzięczna do końca życia. Żyje ona z synem Wackiem we wsi Grabowskie, woj. Łomża. Jej maż zginął w więzieniu gdzieś w Związku Radzieckim.
Nie wiem, ale chciałabym wiedzieć, kto był taki dobry i postarał się o nasz powrót do ojczyzny w roku 1946. Polskie i rosyjskie panie zasiadły w Kokczetawie do przygotowywania dokumentów w związku z powrotem do Polski. Polacy gromadzili się przed tym biurem, wyczekując czy zostaną wywołani. Niestety nie wszyscy wrócili, niektórzy zostali zatrzymani. Tworzą dzisiaj odkrytą Polonię w Kazachstanie. Stryjenka dostała dokumenty dla siebie i dla Górskich, a dla nas nie było. Chodziłam codziennie, tydzień wyczekiwałam w napięciu i nic. Zakończyli swoją pracę i powiedzieli, że nas nie ma w dokumentacji. Podpuchłam na oczy od płaczu. W końcu kazali nam przyjść o 12 w nocy. Poszłam ze stryjenką. Znaleźli nasze dokumenty dołączone do jakiejś nieznanej nam pani i tak wracaliśmy przy niej.
Pociąg towarowy czekał, na dworcu i my ile tylko sił śpieszyliśmy do wagonów. Był 20 luty 1946 roku. Duży mróz. W każdym wagonie stał na środku żelazny piecyk. Wagony były nieszczelne i szparami nawiewał śnieg. Spaliśmy znów w ubraniach pod pierzynami. Gdy pociąg zatrzymywał się na dworcach, sami staraliśmy się o węgiel do piecyka. Jedni wskakiwali na wagony z węglem, drudzy nosili go do naszego wagonu. Na jednej ze stacji któraś z sióstr Górskich zrzuciła mi nieopatrznie dużą bryłę węgla na kręgosłup. Padłam. Pociąg dał sygnał do odjazdu. Wciągnęli mnie do wagonu. Kilka dni trudno mi było się poruszać ale w końcu przeszło. Wtedy wszystko było dobrze, bo przecież wracaliśmy do Polski. Dojechaliśmy do granicy. W Brześciu przesiadka do innego pociągu, też towarowego. Widzieliśmy wtedy prowadzonych pod bronią dużą grupę bardzo ładnych kobiet. Kiedy zapytaliśmy naszego kierownika transportu, on odpowiedział „eto prodawszczyce rodiny" — kobiety Rosjanki, które poszły z Niemcami. Jedna miała małe dzieciątko na ręku. Myślę, że pojechały tam, skąd my wracaliśmy.
          Przejechaliśmy rzekę Bug, teraz granicę polsko-radziecką. Wojsko oddało salwy na nasze powitanie. Później żołnierze pogranicza odstąpili nam swój obiad w Białej Podlaskiej. Do dziś pamiętam wspaniały smak tej grochówki. Po trzech tygodniach dojechaliśmy do Warszawy. Cały transport skierowany był na ziemie odzyskane ale kto chciał do rodziny to wysiadał w Warszawie. Wiedzieliśmy, że tato i Cela żyją, bo dotarła do nas jedna z kartek pocztowych, którą tato wysłał do Rosji zaraz po zakończeniu wojny, pisząc w języku rosyjskim. Wysiedliśmy więc w Warszawie. Pamiętam ją całą w gruzach. Tylko na Pradze był cały dworzec i sporo kamienic. Ulokowano nas w baraku. Tydzień czekaliśmy na przejazd do Łomży. Przez ten czas chodziliśmy po Pradze. Był marzec. Na ulicach kałuże ze śniegu. Byliśmy obdarci, z walonek strzykała nam woda. Warszawiacy mówili „To ludzie wracający z raju!". Mieli oni sklepiki w stojących na uboczu wagonach. Dawali nam za darmo chleb. Po upływie tego tygodnia dostaliśmy bilety na pociąg osobowy do Łomży. Stryjenka zdążyła powiadomić swego brata Chrzanowskiego, który mieszkał w Kubrach. Przyjechał po nas dużym drabiniastym wozem, na który posiadaliśmy gromadkami. W Łomży pytali nas „Czy to ochronka wraca z Rosji?". Do Surał wróciliśmy 20 marca 1946 r.
Tato wyszedł nas witać z kuzynką. Było tyle łez ile można sobie wyobrazić. Nasza siostra Cela była w tym czasie w Łodzi na studiach. Nakarmili nas i w parniku zagrzali dużo wody dla nas bo wróciliśmy bardzo zawszeni. Rozpoczęłam 20-ty rok życia ale nie dojrzała jeszcze jako kobieta. Wyglądałam tak niekorzystnie skoro mój obecny mąż wyraził się wtedy tak o mnie „żebym ja był jeden sam na świecie a ona druga, to bym jej nie chciał". W domu było czym się odżywić. W piwnicy dużo ziemniaków, warzyw, a w beczce kapusta i ogórki. Zobaczywszy to wszystko Krysia powiedziała „Ile tatuś ma wszystkiego, chyba na bazar powieziot". Zapijaliśmy się smakowitym krowim mleczkiem. Szybko dojrzałam i wyładniałam. Minął rok i wtedy mój obecny mąż (jako narzeczony) świata poza mną nie widział. 21 czerwca 1947 roku zawarłam związek małżeński z Jerzym Podkowiczem i pożegnałam się z moim nazwiskiem Wiszowata. Mamy troje dzieci, na których prośbę piszę te wspomnienia. Szczególnie zdopingował mnie najstarszy nasz syn Andrzej (ur. 18 kwietnia 1948 r.). Później urodził się syn Witold (18 maja 1953 r.) i córka Zofia (2 maja 1955 r.), noszącą imię mojej mamy, która została w stepach Kazachstanu. Mamy cztery wnuczki: od Zosi Martę, od Witka Kamilę i od Andrzeja Synilgę i Andreę, dwie synowe Eleonorę i Bożenkę oraz zięcia Edwarda Kuchtę.
Dla nich wszystkich dedykuję to moje pisanie — Mama i Babcia.

Łęgowo koło Gdańska
, 1993
Artykuł ukazał się w "Sybiraku" - Piśmie Związku Sybiraków, nr 9/1993.

Serdecznie dziękuję Pani Irenie Czernickiej i Maciejowi Adamowi Klasskowi za udostępnienie wspomnień.

Opublikowano: 14/06/2006
Ostatnia aktualizacja: 14/06/2006
Wszelkie prawa zastrzeżone
historia.wiszowaty.pl