Ród Wiszowatych

 

►Strona główna

►Wspomnienia

 

Jan Wiszowaty
Zmarła ratując bliźnich

          Do Kokczetawu w Kazachstanie przywieziono nas na początku maja 1940 r. Życzliwa Kazaczka Ksain przyjęła naszą siedmioosobową rodzinę Wiszowatych do swojej małej izdebki: - Mamę - Zofię oraz jej dzieci: Irenę, Helenę, Jana, Danielę, Tadeusza i Krystynę.
          Pierwszy rok zesłania w ekstremalnie trudnych warunkach na obczyźnie w bardzo ostrym klimacie był dla nas najtrudniejszy. Była to „szkoła życia''. W następnych latach byliśmy już mądrzejsi o doświadczenia z pierwszego roku.
          Na początku grudnia 1943 roku przyszła do nas Rosjanka i z trwogą rzekła do mamy:
- Polka Chomiczowa i jej córka są chore na tyfus. Leżą nieprzytomne bez opieki w domu, jest zimno. Sytuacja chorych kobiet jest beznadziejna.
Po dłuższym zastanowieniu mama powiedziała:
- Pójdę tam, trzeba je ratować.
I tu spotkała się ze sprzeciwem Ireny:
- Jak to? - spytała - Przecież masz swoich sześcioro dzieci, przyniesiesz do nas tyfus. Co wówczas będzie z nami?
Wszyscy odradzaliśmy, lecz mama nie dała się przekonać, mówiąc:
- Trzeba ratować bliźnich, bo tak nakazuje nasza religia. To mój katolicki obowiązek. Sumienie nie pozwala mi zostawić chorych na pewną śmierć.
          Poszła. Napaliła w piecu, zagotowała wodę i dała chorym pić. Były nieprzytomne, nie mogły jeść, jedynie piły wodę. Jednak po dwunastu dniach zaczęły przyjmować pokarmy i poczuły się lepiej, wówczas mama wróciła do domu. Po dwu dniach sama zachorowała na tyfus, a następnie Irena. Sprowadziliśmy natychmiast lekarza, który chore zbadał i rzekł, że to tyfus. Dał lek (chyba coś z kamforą), po którym mama poczuła się nieco lepiej. Dopiero w dwunastym dniu nastąpił kryzys. Chociaż był późny wieczór, pobiegłem - jak mogłem najszybciej - po lekarza. Niestety, był z wizytą u chorego, toteż musiałem czekać.
          Siedziałem, a czas niemiłosiernie mi się dłużył. Stary, wiszący na ścianie zegar odliczał bardzo długie godziny. W pewnym momencie wybił niezwykle głośno, w pół do jedenastej. Było już późno, poderwałem się i pobiegłem do domu. Gdy zdyszany szybko otworzyłem drzwi, usłyszałem:
- Janek, mama umiera!
          Czyżby ona mnie wezwała, gdy byłem u lekarza i usłyszałem wyjątkowo głośne bicie zegara? Może chciała się pożegnać? Ten zegar zabrzmiał tak głośno, niczym bomba. To mama mnie zawołała, aby ze wszystkimi swoimi dziećmi się pożegnać. Przerażony spojrzałem na mamę. Jej niebieskie, szeroko otwarte oczy wolno przesuwały się po nas. Popatrzyła i choć nic nie mówiła, znaczyło to wiele. Wzrok jej dotarł do małej Krysi przytulonej do mego biodra, zatrzymał się jakby na mnie i wyraźnie, choć cichutko wymówiła - Zygmunt - czyli imię swego męża. Odczułem dreszcz. Nie wiedziałem, dlaczego wzywa ojca, a może z nim chce się pożegnać? A może miało to oznaczać, że od tej chwili ja mam opiekować się rodziną?
- Nie! Mamo, nie umieraj! Nie! - Błagaliśmy, szlochając.
Płacz sierot dopełnił kielicha goryczy, który nam teraz przyszło wypić. Jednak tego płaczu mama chyba już nie słyszała, bo jej wzrok już znieruchomiał. Zatrzymał się na zawsze, zamarł w bezruchu. Spokojnie leżała wciąż z otwartymi oczami i z zastygłym uśmiechem na Jej ślicznej twarzyczce. Ten obrazek, niczym fotografia, do dziś zachował się w mej pamięci i do dziś go noszę w mym sercu.
          Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy jak szybko dzieci stają się dorosłymi, zaradnymi ludźmi. W jednej chwili staliśmy się dorośli, by móc sprostać pojawiającym się problemom, które w tym momencie już się pojawiły. Jak pochować mamę? W tej sytuacji największą aktywność wykazała Helena. Niebawem Mama została umyta i ubrana. Ale skąd wziąć deski na trumnę, żeby podczas pochówku, nie rzucać na piękną, uśmiechniętą twarz zmarzniętych grud ziemi, by nie zniszczyć piękna, jakie jeszcze pozostało, a dziś odchodzi na wieki?
          Hela wcześnie rano poszła do brygadzisty prosić go o deski na trumnę. Ten tłumaczył się, że ich nie ma, ale gdy zobaczył wełniany, wojskowy płaszcz w formie zapłaty, zgodził się. Pokusa wzięła górę. Powiedział, że po południu będą deski. Słowa dotrzymał. Mieliśmy już deski, ale nie było ich czym pozbijać. Znalazłem spory kawałek drutu, z którego narobiłem gwoździ i przy pomocy siekiery i piły ubiłem żłobek, zwany trumienką. Przełożyliśmy ciało do trumny. Byliśmy zadowoleni, że spadające grudy ziemi, nie uszkodzą pięknej twarzy naszej najukochańszej Mamusi.
          Polscy chłopcy pomogli nam. W twardej zmarzlinie wykopali niezbyt głęboki dołek. Po włożeniu tam trumny ziemi wystarczyło zaledwie na obłożenie trumny grudami ziemi. Resztę dobrze obsypaliśmy śniegiem. Dopiero na wiosnę poszliśmy na cmentarz i porządnie obsypaliśmy nieco odsłoniętą trumnę. Ja zrobiłem w lesie biały, brzozowy krzyż i postawiłem na mogile - symbol śmierci, wiary, miłości i nadziei. Wiele razy odwiedzaliśmy mogiłę Mamy, przynosząc jej naręcza stepowych, pięknych kwiatów. Kładąc je, zawsze powtarzałem w myśli: Kochana Mamo, to za Twój piękny uśmiech, za Twoje pracowite, matczyne ręce i za serce, którego nie ma na świecie równego Twemu. Oddałaś swoje życie, ratując życie innych. Jest to największy dar, jaki można złożyć w ofierze bliźniemu.
Tyfus panował już we wszystkich niemal rodzinach. Niektórych chorych oddawano do specjalnej izby utworzonej w budynku szkolnym. Tam opiekowała się nimi sanitariuszka niemieckiego pochodzenia. W izbie chorych znalazły się moje siostry Hela, Danusia i ja. Irena już była chora i po kilku dniach zmarła. Była z nas najzdrowsza, najsilniejsza, opiekowała się nami, dlatego mocno przeżywaliśmy Jej odejście. Byłem nieprzytomny i nie wiem, kiedy ją dostarczono do izby chorych i kiedy zmarła. Nie wiedzieliśmy nawet, gdzie została pochowana, ponieważ byliśmy chorzy, nieprzytomni. Helę poza tyfusem dopadło również zapalenie płuc, którego prawdopodobnie nabawiła się w czasie pogrzebu mamy. Stan jej był beznadziejny. Troskliwa sanitariuszka stawiała nam bańki, używając zwykłych szklanek. Zamiast spirytusu (do stawiania baniek) używała zapalonych gazet. Bolesny był to zabieg, ale skuteczny. Sanitariuszka podawała nam do picia gotowaną wodę i rzadką zupę - kartoflankę.
          Przed Helą, która tak ciężko chorowała, ukrywaliśmy śmierć Ireny. W końcu dowiedziała się od obcych i wówczas całkowicie się załamała psychicznie i fizycznie. Dostała krwawej biegunki. Obawiałem się o jej życie. Zacząłem perswadować, że rozpaczą nic nie zmieni. Jest najstarsza z nas i ma obowiązek zaopiekować się nami. W innym przypadku grozi wszystkim głodowa śmierć. To ją jakby zmobilizowało, zachęciło do działania. Przestała rozpaczać.
          Byliśmy wycieńczeni chorobą i przymusową dietą. Tylko najmłodszą małą, chudą Krysię choroba ominęła. Ale ona była za mała, aby w czasie choroby zaopiekować się nami.
          Wyczerpani chorobą, zimnem i głodem, doczekaliśmy końca zimy. Wczesną wiosną Hela poszła do naszej stryjenki (z Grabowskich, pow. Kolno), Stefanii Wiszowatej w Kokczetawie. Od niej dowiedziała się, że zmarła Górska - jej siostra, zostawiając piątkę sierot. Troskliwa kobieta przyjęła je do siebie. Hela przedstawiła naszą, beznadziejną sytuacje. Stryjenka głęboko zamyśliła się i po chwili powiedziała: "Przyjeżdżajcie do nas, razem będzie łatwiej przeżyć. Tam sami wszyscy zginiecie".
          Tak się też stało. Po naszej przeprowadzce zrobiła się spora gromadka. Stefcia z trójką swoich dzieci plus piątka sierot Górskich i piątka nas. Razem czternaście osób zamieszkało w jednej małej izdebce. Ciocia załatwiła mnie i Heli pracę w suszarni zboża. Była ciężka harówa, ponad nasze dziecięce możliwości. Aby przeżyć musieliśmy tam pracować. Mieliśmy, rzecz najważniejszą, kartki na chleb dla całej rodziny. My z Helą po 0,5 kg, a maluchy po 0,3 kg. Razem dziennie było 1,9 kg czarnego, gliniastego chleba. Hela sprawiedliwie dzieliła cały przydział na pięć równych kawałków, każdy dostał swoją porcję. Pracowaliśmy po 12 godz. dziennie przez cały tydzień, a nierzadko i niedziela była dniem pracy.
 

Serdecznie dziękuję Pani Irenie Czernickiej i Maciejowi Adamowi Klasskowi za udostępnienie wspomnień.

Powrót

Opublikowano: 14/06/2006
Ostatnia aktualizacja: 14/06/2006
Wszelkie prawa zastrzeżone
historia.wiszowaty.pl