Ród Wiszowatych

 

►Strona główna

►Wspomnienia

 

Krystyna Rolewicz z Wiszowatych
Pierwsze kroki na obczyźnie

          Swoje pierwsze kroki na obczyźnie stawiałam na Syberii w 1940 roku kiedy to po aresztowaniu mojego brata (w miejsce Ojca, który zdążył zbiec i ukryć się) zostałam wywieziona z Rodziną. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z "łaski, jaką wyświadczał nam batiuszka Stalin", który chciał nas uchronić przed Niemcami, bo kiedy pociąg w Łomży ruszył, nastał ogólny lament, a ja cieszyłam się, że nareszcie jedziemy. Miałam wtedy 4 lata i traktowałam to jak wielką przygodę. W innym usposobieniu opuszczała Ojczyznę moja Mama, która miała nas 6-cioro drobnych dzieci. Jak długo trwała podróż nie pamiętam, wiem z opowiadania, że 2 tygodnie. Wagony były towarowe z piętrowymi pryczami. Utkwiła mi natomiast zupa pomidorowa, którą nam podano w wiadrach na którejś ze stacji.
          Na miejsce naszego wygnania, przywieziono nas ciężarówką. Była to mała osada, zamieszkana przez Kirgizów - Karabułak. Po raz pierwszy zobaczyliśmy skośnookich Azjatów o niezbyt miłym wyrazie twarzy, nic więc dziwnego, że starsi prosili kierowcę, ażeby odwiózł nas z powrotem do miasta. Stanowczo odmówił, tłumacząc się nakazem i pocieszył nas priwykniesz.
          Zamieszkaliśmy w domu bogatszego Kirgiza, nazwiskiem Ksain. W tym samym pokoju, jeśli tak można nazwać izbę zmieściła się jeszcze jedna liczna rodzina. Początkowo żyliśmy ze sprzedaży przywiezionych rzeczy, których wiele zapakował nam życzliwy żołnierz sowiecki, twierdząc, ze wszystko nam się przyda. W ciągu 2 pierwszych lat czasami dochodziły do nas olbrzymie paki, które wysyłała nam siostra Ojca - ciocia Kazia, przydomek "Adwokat", bo się za wszystkimi wstawiała, nie zważając na swoje bezpieczeństwo. U niej ukrywał się Ojciec. Ona wystawała pod więzieniem w Łomży i błagała sołdata, który Ją kilkakrotnie odpędzał, ażeby przyjął paczkę dla mego brata. W końcu na odczepnego przyjął. Ojciec z ukrycia napisał po rosyjsku list do Stalina, prosząc o wypuszczenie Rodziny z Rosji. Przyszła odpowiedz, ażeby się ujawnił, a wtedy Rodzinę wypuszczą. Oczywiście, że się nie ujawnił.
          Właśnie dzięki bagażom cioci Kazi, udało się Mamusi kupić małą lepiankę o jednej izbie, ale własną. Poza tym kupiliśmy kozę, która miała być karmicielką Rodziny. Wkrótce koza miała koźlaka, ale niedługo potem zachorowała i trzeba ją było dorżnąć, koźlaka też.
          W tym czasie mieliśmy obywatelstwo polskie i nie mieliśmy obowiązku płacenia podatków, w odróżnieniu od tubylców, którzy płacili podatek od każdej kury, a co dopiero od kozy. Po katastrofie w Gibraltarze wydali nam paszporty rosyjskie, więc podlegaliśmy tym samym prawom. Nieważne, że koza i koźlak już były na "tamtym świecie" wkrótce zostaliśmy opodatkowani i jeśli nie dostarczymy 2 skór i pewnej ilości mięsa, to Mama pójdzie do więzienia. Nie było rady, trzeba było uciekać. Sąsiedni kołchoz, oddalony o 7 kilometrów - Puchalsk, należał do innego rejonu. Tam Mama upatrzyła barak, jeszcze bez dachu, ale krokwie już sterczały. Sama z pomocą dwóch pan - pani Żebrowskiej i pani Maciejakowej, pokryła dach i wymurowała kuchnię z leżanką tzw. "pieczkę", na której spaliśmy zimą i przesiadywaliśmy w ciągu dni.
          Czasami w ogóle nie wytykaliśmy nosa spod pierzyny całymi dniami, kiedy zima była surowa. Przeprowadziliśmy się wkrótce po ukończeniu baraku do Puchalska wraz z panią Maciejakową i panią Żebrowską, które miały po dwoje dzieci. Kołchoz zamieszkany był przez Ukraińców, wywiezionych podczas czystek lat 30-tych. Jak już wspomniałam był to już inny "rejon" czyli powiat i nikt nas tam nie odszukał w celu ściągnięcia podatku od kozy i koźlaka. Utrzymywaliśmy się z tego, co w ogrodzie wyrosło, bo mogliśmy uprawiać małą działkę koło naszego domu. Wszyscy dorośli mieli obowiązek pracować w kołchozie bez żadnej zapłaty z tym że na koniec roku, jeśli kołchoz wywiązał się z nałożonych podatków, reszta co zostało miało być dzielone między kołchoźników. Jeśli nie wywiązał się z podatków, predsydatiel, czyli przewodniczący szedł do więzienia. Tylko raz zdarzyło się, że predsydatiel nie poszedł do więzienia i każda rodzina otrzymała po kilka kilogramów zboża. Chodziliśmy też zbierać kłosy ze ściernisk, które były czasami pilnowane i można było oberwać nahajką od konnego stróża. Były okresy na przednówku, że nic nie było w domu do zjedzenia, więc żywiliśmy się grzybami, które zbieraliśmy dwa razy dziennie.
          Od czasu do czasu puszczano pogłoski, że wracamy do Polski. Pierwszy raz wszyscy w nią uwierzyli, moja siostra obierała akurat ziemniaki na kartoflankę, kiedy usłyszała, że jedziemy do Polski, rzuciła obieranie i nagotowała zupy z obierkami. Później prawie nikt już w te pogłoski nie wierzył, ale dodawały otuchy.
          Pewnego razu psy wyciągnęły z głębokiego dołu zdechłego kołchoźnego barana. Panowała jakaś epidemia i nieżywe zwierzęta wrzucali do głębokiego dołu, ażeby ludzie nie mogli ich stamtąd wydobyć. Moi dwaj bracia i synowie pani Żebrowskiej stoczyli walkę z psem i odebrali barana. Zrobiono wspaniałe kotlety. Co to była za uczta! Aż dziw, że nikt się nie rozchorował.
          Na kilkanaście rodzin polskich zamieszkałych w Karabułaku, tylko jedna wyjechała, bo wszyscy byli dorośli i zaciągnęli się do wojska. Wszyscy uważali Ich za wielkich szczęściarzy, a nazwisko Kapelańskich utkwiło mi tak w pamięci, że kiedy już tu w Londynie w 1961 roku je usłyszałam, skontaktowałam się z jedne panią, no i było spotkanie.
          Brat mój po uwięzieniu, został wywieziony do Workuty. Kiedy zaczęło się formować wojsko polskie, zaciągnął się do Marynarki Wojennej. Poszukiwał nas przez Czerwony Krzyż, chcąc nas wydostać "z raju", ale bez skutku.
          Szczególnie dotkliwie dały się nam we znaki długie zimy. Lato było krótkie - ok. 2 miesiące i upalne. Wiosna i jesień trwały kilkanaście dni, reszta to była zima. Czasami nasz barak był zawiany śniegiem kompletnie i cały dzień panował w domu mrok. Jedna osoba zwykle wychodziła wykopanym tunelem w śniegu po wodę do studni i zajmowała się ugotowaniem zawsze tej samej zupy - kartoflanki. Reszta Rodziny siedziała pod pierzyną, lub leżała na pieczce. Mama moja dbała, ażebyśmy nie zapomnieli poprawnie mówić po polsku, uczyła nas czytać z książeczki do nabożeństwa. Kiedy na tyle ociepliło się, że można było wyjść z domu, musieliśmy chodzić do szkoły rosyjskiej. Pod koniec roku 1943 wybuchła w Puchalsku epidemia tyfusu plamistego. Mama moja dowiedziała się o dwóch Polkach, chorych, postanowiła je odwiedzić i pomóc jak mogła. Kiedy Ją ostrzegano, że może się zarazić twierdziła, że ma obowiązek chrześcijański odwiedzić chore Rodaczki. Wkrótce potem sama zachorowała na tyfus i po kilkunastu dniach stan Jej pogorszył się bardzo. Pamiętam jak wspólnie odmawialiśmy Różaniec i Litanię do Matki Boskiej przy łóżku chorej Mamusi. Więcej już nie pamiętam, bo sama rozchorowałam się na tyfus i byłam nieprzytomna w czasie śmierci Mamy i Jej pogrzebu. Kiedy doszłam do przytomności, w domu był tylko mój brat 9-letni i panie Żebrowska i Maciejakowa. Od Nich dowiedziałam się, że reszta naszej Rodziny znajduje się w "szpitalu". Piszę w cudzysłowie, bo nie był to żaden szpital, tylko zwykła chata, do której zebrano chorych, ażeby epidemia się nie rozszerzała. Dowiedziałam się też, że moja najstarsza siostra Irka zmarła w tymże szpitalu na zapalenie płuc, połączone z tyfusem. Miała lat 19. Została najstarsza Hela, która miała wtedy 16 lat. Hela będąc w tymże szpitalu przeziębiła się, bo leżała przy drzwiach i po przebyciu tyfusu zachorowała na zapalenie płuc na obydwa boki. Tylko dzięki staraniom jednej eks-pielęgniarki Niemki, która znosiła szklanki z całego kołchozu i stawiała Heli bańki, jakoś powoli silny organizm przezwyciężył chorobę. Była jednak okropnie wycieńczona. Panie Żebrowska i Maciejakowa zakazały mnie i bratu Tadkowi mówienia o śmierci Irki, ażeby wracającym ze szpitala nie pogorszyło się na skutek złej wiadomości. Toteż milczeliśmy jak zamurowani, na pytania, gdzie jest Irka, odpowiadaliśmy, że w innym szpitalu. Miałam wtedy 8 lat, a Tadek 9. Pierwsza ze szpitala wróciła Danusia, potem Janek a na końcu Hela. Biedna była tak wycieńczona, że nie mogła utrzymać się, bez podpierania, na nogach. Wypytywała z rosnącym niepokojem o Irkę, ale nic Jej nie mówiliśmy, aż razu pewnego przyszły dwie Ukrainki i zaczęły biadolić, że starsi umarli, a zostały same dzieci. Hela zrozumiana natychmiast, że została najstarszą z Rodziny i znowu poważnie się rozchorowała. Mając silne serce powoli doszła jednak "do siebie". Było to prawdziwym cudem, bo bez Niej zginęlibyśmy na pewno.
          Po śmierci Mamy długo nie pozostaliśmy w Puchalsku, bo pani Maciejakowa była z natury kłótliwa i wciąż wszczynała z Helą kłótnie, które Ona bardzo przeżywała. Przeważnie było to z naszego powodu, a Hela stawała w naszej obronie. Po którejś z kolei awanturze wybrała się Hela do Kokczetawu, odległego o ok. 50 km, gdzie mieszkała nasza stryjenka - Stefania Wiszowata z trojgiem swoich dzieci i pięciorgiem sierot po swojej siostrze, w małym pokoiku. Stryjenka usłyszawszy o naszej biedzie sama zaproponowała, ażebyśmy się przenieśli do Niej. Wkrótce po powrocie Heli z Kokczetawu wynajęliśmy furmankę, zaprzęgniętą w woły załadowaliśmy swoje tobołki i wyruszyliśmy w drogę do miasta. Kokczetaw to miasto wojewódzkie (obłaść), była tam nawet 4-ro oddziałowa polska szkoła. Poza miastem płynęła rzeka, za rzeką elewator - olbrzymie spichrze zbożowe i opodal baraki dla pracowników elewatora. Tam to w tych barakach zamieszkaliśmy u Stryjenki w jednym małym pokoju - 14 osób. Każda rodzina miała po jednym łóżku, reszta spała na podłodze, toteż kiedy wszyscy położyli się spać, nie było ani centymetra wolnej przestrzeni. Mimo to warunki mieliśmy dużo lepsze i Stryjenka była dla nas bardzo dobra.
          Na elewatorze pracowała Hela, Janek i Stefka (najstarsza siostrzenica Stryjenki). Stefka odznaczała się szczególną odwagą. Po skończonej pracy, zawsze wytrząsała z ubrania trochę pszenicy, mimo, że w bramie wszystkich kontrolowano. Z czasem kontrole stały się dokładniejsze toteż pewnego dnia Stefka i Janek zostali przyłapani. Janka zwolniono, jako że był niepełnoletni, ale Stefkę oddano pod sąd. Stryjenka była podwójnie zmartwiona. Pewien adwokat poradził Jej, ażeby w sądzie nie przyznawała się do pokrewieństwa i zeznała, ze Stefka jest jedyną karmicielką rodziny. Tak też zrobiła i Stefka otrzymała wyrok 2 lata z zawieszeniem. Młodsza siostra Stefki - Julka nie zrozumiała co znaczy wyrok z zawieszeniem i usłyszawszy słowo tiurma (więzienie), uczyniła taki lament, że nie mogli Jej uspokoić. Wyrok jednak nie zastraszył Stefki, uszyła sobie i Heli bardzo wąską torebkę w kształcie kiszki, do której codziennie wsypywały zboże i opasywały się nią zamiast paska. Wieczorem po powrocie z pracy wypróżniały zawartość przy zasłoniętych oknach. Stryjenka truchlała na myśl, że Je złapią i błagała, żeby zaniechały tych praktyk, ale bez skutku. Kiedy się uzbierało ćwierć worka, Stryjenka przez znajomych ludzi, dawała zboże do zmielenia i mieliśmy mąkę na pyszne placki. Pewnego razu podczas pieczenia rozchodził się tak smakowity zapach, że uległam pokusie i po kryjomu ściągnęłam jeden lub dwa - wyszłam poza barak i delektowałam się pulchnym pieczywem, smak którego do tej pory pamiętam. Zauważono jednak brak placków i ściągnięto wszystkie dzieci, ażeby wykryć winowajcę. Nikt jednak nie przyznawał się, więc kazano nam się przeżegnać. Stchórzyłam i przeżegnałam się. Grzech ten nie dawał mi spokoju i kiedy już w Polsce wpadła mi w ręce jakaś religijna książeczka z rozdziałem "Jak kończy krzywoprzysięzca", myślałam, że lada chwila zostanę porażona piorunem.
          Kokczetaw otoczony był wkoło stepami, toteż brak było opału. Latem zbieraliśmy wyschnięty nawóz krowi, który nie zawsze był dostatecznie suchy i dymił bardzo przy paleniu. Trzeba było też nazbierać opału na zimę. Należało to do naszych codziennych zajęć. Zimą, kiedy zabrakło paliwa, chodziliśmy kraść węgiel ze składów kolejowych. Raz taka wyprawa skończyła się niepowodzeniem i wszystkie dzieci zabrano na stróżówkę, zabrano worki i spisywano nazwiska. Kiedy doszło do Danusi, na pytanie: Kak Tiebia zwać ?, wyrecytowała posłusznie: "Daniela Wiszowata", podczas gdy inne sprytniejsze podały zmyślone nazwiska. Grzech ten prześladował Ją do czasu spowiedzi. Wieczorami uczęszczaliśmy do polskiej szkoły. Zapisano mnie do drugiej klasy, jako że umiałam już czytać i pisać. Lekcje odbywały się dlatego wieczorem, bo w dzień mieściła w się w tymże budynku rosyjska szkoła. Mieliśmy codziennie dość długi spacer, bo szkoła znajdowała się na drugim końcu miasta. Droga powrotna prowadziła przez lepianki przedmieścia i most. Było już ciemno toteż drżałam ze strachu, bo grasowała tam banda, która zabijała ludzi i często od strony mostu słychać było przeraźliwe krzyki ofiar. W ogóle to bałam się każdego, kto na mnie nieprzyjaźnie popatrzył i bardzo odczuwałam brak Mamusi. Z drugiej strony odczuwałam szczególną opiekę Matki Boskiej, która zawsze wysłuchiwała i wysłuchuje moje modlitwy. Jestem Jej za to niezmiernie wdzięczna i z całego serca dziękuję.
          Pod koniec 1945 roku rozeszła się kolejna wieść, że wracamy do Polski, której nikt nie brał poważnie. Wkrótce jednak zaczęli robić spisy osób, które miały być repatriowane. Każdy chodził do urzędu - odpowiednika magistratu - ażeby upewnić się, czy jego nazwisko widnieje na liście. Jaka była rozpacz Heli, kiedy nie mogła znaleźć naszego nazwiska. Wróciła do domu zapłakana. Nie dała tak łatwo za wygraną i po kilku wycieczkach do urzędu odnalazła nas. Okazało się, że przyłączyli nas do jakiejś wdowy o zupełnie innym nazwisku. Jacy byliśmy radośni w dniu wyjazdu - 19-go lutego 1946 roku - trudno opisać. Niemniej jednak nie wierzyliśmy tak na 100%, że wracamy do Polski, aż do przekroczenia granicy. Otrzymaliśmy prowiant na drogę: chleb, suchary i nawet trochę masła. Wagony były towarowe z piętrowymi pryczami. Luksusów nie spodziewaliśmy się, zresztą nic nie było tak ważne, bo przecież wracaliśmy do domu. Podróż trwała bardzo długo, czasami były długie postoje na niektórych stacjach. Szczególnie utkwił mi w pamięci Złotousk, położony na zboczach Uralu, mijaliśmy go nocą, także światła coraz wyżej położonych ulic sięgały zdało się do nieba. W Brześciu staliśmy 3 doby. Hela miała zmartwienie z Tadkiem, bo wyszedł z wagonu i zgubił się na rynku. Pociąg zawsze ruszał bez żadnej zapowiedzi i kto został, to już na dobre. Wreszcie Hela odnalazła Go stojącego bezradnie wśród tłumu.
          Nareszcie pociąg ruszył i kiedy przejeżdżaliśmy granicę na Bugu, wszyscy odetchnęli z ulgą. Byliśmy w upragnionej Polsce. Wiedziano o nas. Na granicy żołnierze polscy oddali strzały na wiwat, bo był to pierwszy transport Rodaków wracający z Syberii po wojnie. Na pierwszej stacji żołnierze oddali nam swoje porcje chleba. W Siedlcach zwolniono szkoły i ludzie wylegli na nasze spotkanie, przynosząc nam nawet zupę w rondelkach. Był tam dłuższy postój i dano nam na każdą rodzinę po 1000 zł i trochę odzieży z UNRA. W Warszawie trzymano nas w barakach na Pradze i kazano czekać na podstawienie pociągu. Dnie wydawały się wiekiem. W końcu postanowiliśmy dłużej nie czekać i za pieniądze otrzymane w Siedlcach, kupiliśmy bilety na pociąg osobowy do Łomży. Tam czekał na nas ojciec Górskich (tej drugiej piątki sierot), w Łomży ludzie wyglądali przez okna i mówili; "O, to z raju". Noc spędziliśmy w Biczkach. Rano pojechaliśmy do Kubry - domu rodzinnego Stryjenki. Po sutym obiedzie odwieziono nas do domu Stryjenki na Grabowskie k/Grabowa. Nie daliśmy znać Ojcu, że wracamy bo chcieliśmy zrobić Mu niespodziankę, ale słuchy doszły, że wracamy, tylko nie wiedział skąd i kiedy. Z Grabowskich było tylko 7 km do rodzinnych Surał, więc już bez śniadania pojechaliśmy do Tatusia. Był pierwszy dzień wiosny - 19go marca - i woda szorowała potokami. Zajechaliśmy z fantazją przed dom. Wyskoczył wzruszony Ojciec i nie wiedział które Jego Dzieci, bo przyjechały z nami jedna z córek Stryjenki i jedna z sierot Górskich. Myśmy wrócili, chociaż nie w komplecie, ale pozostały jeszcze tysiące, o których nikt się nie upomina.
 

Londyn, 27 maja 1988 r.

Serdecznie dziękuję Pani Irenie Czernickiej i Maciejowi Adamowi Klasskowi za udostępnienie wspomnień.

 

Opublikowano: 14/06/2006
Ostatnia aktualizacja: 11/06/2006
Wszelkie prawa zastrzeżone
historia.wiszowaty.pl